Archiwa autora: Ewa Górna

Na Amerykę Południową przeznaczyliśmy niewiele czasu, bo tylko 5 tygodni. Trzy państwa i trzy stolice. Chcieliśmy zobaczyć, jak wygląda ten nieznany nam zupełnie świat, jak żyją tubylcy, co jedzą, jak mieszkają, jak spędzają czas… Tylko czy stolice są dobrym źródłem informacji? Trochę żałuję, że jednak nie udało się wyjechać poza miasto i zobaczyć coś więcej… W Santiago byliśmy tydzień. I nie wiem, co Wam napisać o tym mieście. Inne od Buenos Aires (więcej wieżowców, sklepy ładniejsze, podobne do naszych, częściej i łatwiej zapłacić kartą), ale też do niego podobne (bezdomni w parkach, ludzie sprzedający wszędzie wszystko, stare autobusy miejskie, sklepy zamykane na metalowe rolety). Santiago jest pełne kontrastów. Na pierwszy rzut oka wydawało nam się, że jest bardziej nowoczesne, może dlatego, że mieszkaliśmy w stosunkowo nowym wieżowcu z basenem i siłownią na dachu… Są duże, nowoczesne centra handlowe, jak w każdej dotychczas odwiedzanej stolicy, jak u nas we Wrocławiu. Ale…

Czytaj dalej

Spędziliśmy w Buenos prawie 3 tygodnie i muszę przyznać, że kilka miejsc nas urzekło. San Telmo, o którym pisał Tomek La Boca: kolorowe kamieniczki z La Boca są jedną z wizytówek Buenos i pojawiają się na pocztówkach i magnesach, a okazuje się, że to bardzo stara i biedna dzielnica portowa oraz niezbyt bezpieczna… jest jednak wyjątek – to uliczka Caminito i jej okolice, które są właśnie bardzo kolorowe i… bardzo turystyczne 🙂 dużo tu restauracji, sklepów i straganów z pamiątkami, ale i policji strzegącej bezpieczeństwa tego miejsca. Zobaczyć tu można także tancerzy tanga, którzy nie tylko tańczą, ale i chętnie pozują do zdjęć z turystami. Nie lubię takich zatłoczonych miejsc, ale przyznam, że to mnie urzekło 🙂 chyba właśnie przez te kolory… Palermo: jedna z bardziej zielonych dzielnic BA, to tutaj są Ogród Botaniczny i Ogród Japoński. W pierwszym z nich niestety jest bardzo głośno, bo otoczony jest bardzo ruchliwymi…

Czytaj dalej

Jak w każdym mieście, tak i tutaj, szukaliśmy ciekawych miejsc także dla dzieci. W końcu oni też muszą się czasem wyszaleć, spotkać z innymi dziećmi, a jeśli jeszcze przez zabawę mogą się czegoś nauczyć, to już w ogóle super. W Buenos jest jakiś park rozrywki i park wodny, ale opisy nas nie zachęciły za bardzo. Są też plaże miejskie, bo to czas wakacji, ale spodziewam się, że są tam tłumy, a i tak nie są to prawdziwe plaże z możliwością wejścia do wody. Na szczęście jest tu całkiem sporo placów zabaw i siłowni na powietrzu, które nasze dzieci bardzo lubią. Na placach zabaw jest zawsze dużo dzieci więc jest większa szansa na jakąś interakcję, chociaż nasze dzieci nie są z tych bardzo towarzyskich… Julek jest już w tym wieku, że chyba przeszkadza mu bariera językowa, a Mela dopiero uczy się nawiązywania kontaktów z innymi dziećmi, a niestety niezbyt często ma…

Czytaj dalej

"Chcę jeszcze raz pojechać do Europy Lub jeszcze dalej do Buenos Aires Więcej się można nauczyć podróżując Podróżować, podróżować jest bosko" Tekst piosenki "Boskie Buenos" Maanam chodził mi po głowie odkąd któregoś wieczoru w Brisbane Tomek zaproponował, żebyśmy do naszej trasy dołożyli Amerykę Południową. Nie trzeba mnie było długo namawiać i bez zastanowienia zaplanowaliśmy prawie 3 tygodnie w Buenos Aires, choć w sumie niewiele wiedzieliśmy, co tu jest wartego zobaczenia. No i jesteśmy. Mieszkamy w samym centrum miasta, w dzielnicy Monserrat przy ulicy Salta – równoległej do najszerszej ulicy miasta, która ma po 8 pasów w każdą stronę plus po 2 pasy w każdą stronę dla metrobusów. To daje łącznie 20-cia pasów!!! Przejście przez tą ulicę zajmuje nam trochę czasu i nie jest możliwe w jednym cyklu świetlnym, ale dzieciom podoba się tempo, z jakim przechodzimy przez kolejne światła (a jest ich 6), aby jak najwięcej przejść "na raz". Swoją…

Czytaj dalej

Dziś chcę Wam pokazać owoce, jakie mieliśmy okazję jeść na Rarotonga. Większość z nich pierwszy raz i mam nadzieję, że nie ostatni, bo wszystkie bardzo nam smakowały. Przede wszystkim były bardzo soczyste i słodkie – to pewnie dlatego, że dojrzewały na słońcu, a i deszczu tu nie brakuje, więc nie są wysuszone. W większości jako pierwsze podaję ich angielskie nazwy, bo często są po prostu ładniejsze od naszych odpowiedników i tak nauczyliśmy się je nazywać 😉 No to zaczynamy: PAW PAW, czyli melonowiec właściwy, albo po prostu papaja. Rośnie na wyjątkowo prostych drzewach o wysokości 5-10 metrów, ma podłużny kształt, jak dojrzeje, to zmienia kolor z zielonego na pomarańczowy. Owoce są miękkie, w środku zawierają dużo małych, kulistych i ponoć jadalnych nasion, ale my je wyrzucaliśmy. Można je jeść na surowo, świetnie sprawdzają się też w koktajlach czy smoothies. Są bardzo słodkie i delikatne w smaku. Na wyspie, jak i…

Czytaj dalej

Nowa Zelandia, Waiuku link 30 nocy, 146 zł/noc (mieliśmy dużą zniżkę za pierwszą rezerwację) Dom w NZ miał być wyjątkowy – mieliśmy tu spędzić święta, przywitać nowy rok i uczcić urodziny Meli. Zdjęcia i opis domku w Waiuku na Airbnb bardzo nam się spodobały i pomimo że nie miał jeszcze żadnych ocen i mieliśmy być pierwszymi wynajmującymi, to zarezerwowaliśmy go i nie żałujemy! W domu tym na co dzień żyje rodzina trzyosobowa. Córka właścicieli – Eva – ma około 8-9 lat – tak wnioskujemy z jej zdjęć, prac i dyplomów wiszących na ścianie salonu. Postanowili wyjechać na miesiąc na wakacje i zostawili nam dom z większością wyposażenia. Był pokój dziecięcy pełen książeczek i zabawek, którymi uwielbiały się bawić nasze dzieci. Była maszyna do pieczenia chleba, z której regularnie korzystaliśmy. Był adapter i spora kolekcja płyt winylowych, był rzutnik, internet, taras, trampolina przed domem, niewielki ogródek, który podlewałam i jedliśmy z…

Czytaj dalej

Nowa Zelandia ma wiele do zaoferowania. My zobaczyliśmy może niewiele, ale wystarczyło by polubić ten kraj i chcieć tu jeszcze kiedyś wrócić 🙂 Przede wszystkim byliśmy tylko na północnej wyspie i to głównie w północnej jej części. Mieszkaliśmy w domku w Waiuku. Żeby zobaczyć więcej trzebaby jeździć kamperem i zatrzymywać się w różnych miejscach w drodze, a nie wracać w jedno miejsce. Oto lista odwiedzonych przez nas miejsc w kolejności ich zwiedzania: Hobbiton w Matamata – post tutaj Czarna plaża w Waiuku, tzn. plaża z czarnym piaskiem, który nie brudzi wbrew pozorom 😉 Dzieciom się podobało, ale mnie jakoś ciemny piasek nie przekonywał… Poza tym plaża była bardzo szeroka i jeździły po niej motory, quady, samochody, konie… Auckland Botanic Gardens – fajne miejsce na spacer, ogród jest duży i wstęp jest za darmo, ale bez szału Glowworm caves Waitomo – wow! piękne jaskinie i te świecące robaczki – bajka! Trochę…

Czytaj dalej

Kia Orana! Tak na Rarotonga wita się turystów. To powitanie, to coś więcej, niż zwykłe hello… Lądujemy na wyspie po północy. Wysiadamy na płytę lotniska i pieszo idziemy na salę przylotów. Jest niewielka, jest gorąco, klimatyzacji nie ma – jest kilka wiszących wentylatorów. Czekamy w kolejce do jednej kontroli, potem drugiej, pytają nas jakie leki i jakie produkty spożywcze wwozimy (proszek do pieczenia? Mina celnika – bezcenna :-D). Wszystkiemu towarzyszy muzyka – na żywo przygrywa i śpiewa starszy pan – ponoć wita tak wszystkich turystów przybywających na wyspę od 35 lat! Przedstawiciele różnych resortów witają swoich gości wieńcami lub naszyjnikami z pachnących, żywych kwiatów. Już jest pięknie! Wyspa Rarotonga nie jest duża. Droga wzdłuż wybrzeża, którą można objechać całą wyspę, ma 32 km. Jeżdżą tu dwa autobusy: jeden w kierunku zgodnym z kierunkiem ruchu wskazówek zegara, a drugi w przeciwną stronę. Całą wyspę można objechać w niecałą godzinę 🙂 Mieszkamy…

Czytaj dalej

Nie mogliśmy wysiedzieć na miejscu za długo… na czas świąteczno-noworoczny nie mieliśmy wypożyczonego auta, kolejne zamówione jest dopiero na 5.stycznia… Ale ile można siedzieć w domu? No dobra, są autobusy, więc sprawdziliśmy. Z naszego miasteczka jedyny autobus jeździ do Pukekohe, stamtąd teoretycznie pociągiem można dojechać do Auckland, ale akurat coś remontują, więc są zastępcze autobusy na pierwszym odcinku, potem trzeba się przesiąść do pociągu i na koniec znowu do autobusu… Zajmuje to dwa razy więcej czasu niż dojazd samochodem. Ech… Przejechaliśmy tylko kawałek autobusem, pochodziliśmy po sklepach i stwierdziliśmy, że potrzebujemy samochodu 😉 Z trudem udało się znaleźć wypożyczalnię, która jeszcze miała coś wolnego, bo to gorący okres, ale zdobyliśmy auto (najmniejsze z dotychczasowych, czyli miejscowy odpowiednik toyoty yaris) na 5 dni! No to w drogę! 31.grudnia raniutko wyruszyliśmy w drogę na półwysep Coromandel. To stosunkowo niedaleko nas – łącznie w dwie strony przejechaliśmy 350km. A półwysep piękny – pokryty…

Czytaj dalej

To były nasze pierwsze święta spędzone poza Polską. Ciekawa byłam zawsze, jak to jest, jak Boże Narodzenie jest w lecie, bez śniegu, czapek i kurtek. No i udało się – tegoroczne święta spędziliśmy w Waiuku w Nowej Zelandii. Było gorąco, bo 25-26 stopni, ale nie tylko z tego powodu było inaczej. Nowozelandczycy nie są mocno religijni, więc święta nie są tu raczej głęboko przeżywane. Symbolami świąt spotykanymi w sklepach czy na ulicach są najczęściej Mikołaj (co ciekawe – nawet tu jest ciepło ubrany w czapkę, rękawiczki i ciepłe buty) i rzadziej choinka. Nie ma szopek, żłóbka, trzech króli… Nie ma też takiej bieganiny przedświątecznej, tłumów w sklepach i wielkich kolejek do kas. Gdy dzień przed Wigilią robiliśmy zakupy spożywcze zaskoczyło nas, że ludzie w sklepie się do siebie uśmiechają, sprzedawcy i kasjerzy są mili i nie wyglądają na przemęczonych. W okresie przedświątecznym niemal w każdym centrum handlowym siedzi Mikołaj, z…

Czytaj dalej

20/40