Archiwa autora: Tomasz Romanowski

Kto z Was wie, bez pomagania sobie wyszukiwarkami, co to jest NOLA? Ja nie wiedziałem. Otóż NOLA to Nowy Orlean, LA. Czyli nasz pierwszy cel „pośredni” – miasto, które chcemy zobaczyć po drodze. A oto jak wyglądały nasze pierwsze dni „road tripa” po USA: Wyjeżdżamy z Waszyngtonu, wjeżdżając od razu do stanu Virginia. I w tym stanie pozostaliśmy już do końca dnia. Najpierw jadąc na południowy-zachód jakąś w miarę regularną autostradą, ale potem wjeżdżając, koło miejscowości Waynesboro, na Blue Ridge Parkway. Było pięknie – widoki niesamowite. Trochę tylko żal, że mało zielono jeszcze. Pierwszy nocleg – Peaks of Otter Lodge, na samej BRP. Dotarliśmy tam jak już było zupełnie ciemno, po godz.21 – mimo że tego dnia przejechaliśmy tylko ok.390 kilometrów. Ale BRP jedzie się powoli – w dodatku zatrzymywaliśmy się dość regularnie, żeby podziwiać widoki. Warto było. Dzień 2 to początkowo dalej Blue Ridge Parkway, ale potem zjechaliśmy z…

Czytaj dalej

Tę piosenkę, tak jak wiele innych utworów Pink Floyd z wczesnego okresu, poznałem dzięki koledze z czasów licealnych (a potem też trochę późniejszych). Dobremu koledze. Pamiętam, jak na szkolnych wycieczkach puszczał nam (z magnetofonu – takiego na kasety, jeżeli to jeszcze pamiętacie) Careful With That Axe, Eugene. Niesamowite wrażenie. Potem urwał nam się kontakt. Ale to jedna z tych osób, z którymi chciałbym się jeszcze spotkać. Ale chyba nie mam odwagi. I tłumaczę się sam przed sobą brakiem czasu… A dlaczego tę piosenkę tu przywołałem? Skojarzyła mi się z lotem do USA. Może dlatego, że to ostatni kraj naszego wyjazdu, w którym spędzamy więcej czasu niż kilka dni? Może dlatego, że to nasz najdłuższy pobyt? Planujemy tu być trzy miesiące. A może dlatego, że jedną z pierwszych atrakcji, które tu zaplanowaliśmy, było Kennedy Space Center? Na słońce stąd nie latają, ale w kosmos i na księżyc – owszem. Byłem tu…

Czytaj dalej

Pewnie lataliście samolotami? Nam też się już zdarzyło kilka razy. Najpierw odprawa – jeżeli tylko się da, robiona online. Czasami się nie da – gdy lataliśmy na początku, jak Mela jeszcze nie miała 2 lat, zwykle dostawałem komunikat, że nie mogę zrobić odprawy online i musimy zgłosić się do stanowiska na lotnisku. Jeżeli nadajecie bagaże – po odprawie (lub podczas) trzeba oddać bagaż. Częsty widok na lotniskach – pootwierane walizki i ludzie gorączkowo próbują coś wyjąć, żeby zmieścić się w limitach wagowych (nam się to też raz zdarzyło – lot z Brisbane do Adelajdy…już dawno temu). Kolejny krok – kontrola dokumentów (jeżeli lecimy zagranicę). I stąd zwykle już tylko kontrola bezpieczeństwa i można iść czekać na samolot. Chociaż wydaje mi się, że kolejność czasami jest zamieniona – tzn. samolot zwykle jest na końcu, ale dokumenty i bezpieczeństwo zamieniają się miejscami. I lecimy. Proste, prawda? I powtarzało się to z miasta…

Czytaj dalej

16 lutego minęło dokładnie pół roku od dnia, gdy wylatywaliśmy z Polski. Z puktu widzenia liczb, przez te 6 miesięcy: W powietrzu spędziliśmy 59 godzin i 15 minut, czyli 2,5 doby – całkiem sporo. W tym czasie przelecieliśmy ponad 44tys. kilometrów, czyli już więcej niż wynosi obwód Ziemi. Oprócz samolotów, podróżowaliśmy też: pociągami szybkimi, pocągami wolnymi i pociągami bardzo wolnymi, autobusami, tuk-tukami, tramwajami, metrem, samochodami (taksówki, Uber, wynajmowane, prywatne), katamaramani, łódkami, promem, kolejkami linowymi, kolejkami wąskotorowymi, chwilę rowerem. Jeszcze kilka środków transportu do zaliczenia nam pozostaje… Piechotą przeszliśmy kilkaset kilometrów – najwięcej chodziliśmy w Japonii i na początku w Australii. Później w Australii, Nowej Zelandii i częściowo na Rarotonga jeździliśmy wynajmowanymi samochodami. Trzy osoby z naszej czwórki obchodziły już urodziny na wyjeździe – pierwsze były w Japonii, drugie w drodze z Japonii do Australii, a trzecie w Nowej Zelandii. Spaliśmy w 18 różnych miejscach. Łącznie z Europą, z której wylatywaliśmy,…

Czytaj dalej

Z zupełnie niewyjaśnionych przyczyn, od zawsze chciałem znaleźć się na wyspach pacyfiku. I to im wyspa dalsza i trudniej dostępna, tym lepiej. Od kiedy więc pojawił się pomysł na na nasz dłuuuugi wyjazd, do każdej wersji planowanej trasy dodawałem jakiś pacyficzny akcent. Pojawiały się wyspy bardziej znane, jak Fiji czy Polinezja Francuska, te znane mniej więcej – Samoa, Tonga, jak i te, które pewnie mało kto byłby w stanie umieścić bez pomocy na mapie – Kiribati (akurat to o tyle trudno umieścić na mapie, że jest to zestaw wysp rozstrzelony na 3,5 mln kilometrów kwadratowych), Nowa Kaledonia czy Wyspy Salomona. Ostatecznie wybraliśmy największą z Wysp Cooka, czyli Rarotonga. Czy to dobry wybór? Trudno powiedzieć nie zobaczywszy innych, ale na pewno nie żałujemy :-). Wyspiarskie życie toczy się zgodnie z innym czasem – czasem wyspiarskim. Powoli. Przyjemnie. Przynajmniej z naszej perspektywy – tych, którzy nie muszą tam pracować. Miesiąc zleciał nam…

Czytaj dalej

W Australii spędziliśmy w trakcie naszej obecnej podróży trochę ponad dwa miesiące. Poprzednim razem gdy tu byliśmy, spędziliśmy tu dwa tygodnie. Czyli razem niemal trzy miesiące życia w Australii. Nie mam oczywiście zamiaru twierdzić, że przez ten czas byliśmy normalnymi mieszkańcami tego krajo-kontynentu – dopóki nie spędzamy połowy dnia w pracy i nie wysyłamy dzieci do żłobków/przedszkoli/szkół – nie doświadczamy życia jak tubylcy. Jednak byliśmy tu na tyle długo, że nie jesteśmy tylko turystami, goniącymi pomiędzy operą i mostem w Sydney, Uluru czy Great Ocean Road. Wychodzi na to, że wisimy gdzieś pomiędzy turystą a tubylcem. Niech będzie. Zwłaszcza, że Mela ostatnio lubi wisieć na czym tylko się da. Miałem więc dużo czasu na obserwacje. A poniżej kilka moich spostrzeżeń. Ludzie Bardzo wyluzowani i otwarci. Ja nie jestem typem osoby rozpoczynającej konwersacje na prawo i lewo z osobami, które widzę pierwszy (a pewnie i ostatni) raz w życiu. Jednak w…

Czytaj dalej

Australia, czyli kraj, w którym dotychczas spędziliśmy najwięcej czasu, już za nami – i jakoś szybko to minęło. Jesteśmy już w Nowej Zelandii. Przylecieliśmy Air New Zealand, ale niestety nie samolotem w barwach LOTR lub Hobbita. Jednak postanowiliśmy to niedopatrzenie sobie szybko odbić i pierwszym miejscem, które tu odwiedziliśmy, był Hobbiton. Może mały disclaimer na początek – nikt z nas nie widział żadnego filmu z trylogii Hobbit. A tylko jedna osoba widziała LOTR. Wiem, wiem – wielu z Was pewnie gotowych już jest spalić nas na stosie. Na wszelki wypadek więc nie pojawimy się zbyt szybko w miejscach, w których są czytelnicy ;-). Dowiedzieliśmy się jednak, że ok.30% osób, które Hobbiton odwiedzają, nie zna filmów. Nie jest więc z nami tak źle. A Hobbiton to nic innego niż miejsce, w którym znajdował się filmowy Shire, czyli wioska Hobbitów. Po nakręceniu wszystkich filmów postanowiono ją pozostawić…i wykorzystać turystycznie. Hobbiton to fajne…

Czytaj dalej

Długo się zastanawialiśmy, czy jechać. Ostatnio nasze dzieci nienajlepiej znoszą samochód. Zaryzykowaliśmy jednak – ponad 1700km w 3 dni. Tutaj maksymalna dozwolona prędkość to 100-110 km/h (w zależności od stanu), w miastach oczywiście mniej, nasza średnia była jednak gdzieś bliżej 60 km/h – w samochodzie spędziliśmy więc 28 godzin, dając niezły wycisk nie tylko samochodowi, ale też nam wszystkim. Rozpoczęliśmy w poniedziałek o godz.5:30 – bez śniadania, gdy na dworze było jeszcze dość ciemno (i zimno). Pierwszego dnia jechaliśmy do miejscowości Warrnambool – leży ona w innym stanie i w…innej strefie czasowej. W pewnym momencie więc zegarki w telefonach przestawiły nam się po prostu 30 minut do przodu. Przyszło mi do głowy, że ktoś, kto mieszka gdzieś blisko tej granicy i do pracy dojeżdża do drugiego ze stanów, musi mieć trudne życie jeżeli chodzi o pilnowanie terminów spotkań… W każdym razie znaleźliśmy się w stanie Victoria. Po drodze mieliśmy kilka…

Czytaj dalej

Dzisiaj, zupełnie przypadkiem, trafiliśmy na Yankalilla Cruise. Nazwa nic Wam nie mówi? Nam też nie mówiła. Gdyby nie zdjęcie na ulotce, pewnie nawet byśmy jej nie wzięli. A gdybyśmy wzięli, na pewno nikt by jej nie przeczytał. Ale wzięliśmy. To znaczy – dzieci wzięły w swej nieodpartej chęci brania wszystkiego, co można. I przeczytaliśmy – to już my, dzieciom po kilku chwilach się kolorowy papierek znudził. Co więcej – od razu stwierdziliśmy, że idziemy. Co to więc jest Yankalilla Cruise? To jest zlot starych samochodów. W miejscowości Yankalilla, czyli malutkiej mieścince na półwyspie Fleurieu (przyznaję – dopóki tu nie przyjechaliśmy, nie wiedziałem, że taki półwysep istnieje). Naprawdę malutkiej – liczba ludności w 2015 roku to 4700. W dodatku – daleko od czegokolwiek. Do Adelajdy jedzie się godzinę. Do kolejnego dużego miasta – to już są dni. Mimo tego, zebrało się tu kilkaset starych samochodów. I było wszystko, co powinno być…

Czytaj dalej

Wiem, wyjechaliśmy z Hong Kongu już ponad 2 miesiące temu (dokładnie 10 września). Czyli zanim minął pierwszy miesiąc naszej podróży. A tymczasem dzisiaj mijają już 3 miesiące. Jednak, jak mawiają najstarsi z indian, lepiej późno niż wcale – poniżej więc kilka zdjęć z HK. Teraz zabiorę się za Japonię.

20/36