Kontrola kontroli kontroli

Pewnie lataliście samolotami? Nam też się już zdarzyło kilka razy. Najpierw odprawa – jeżeli tylko się da, robiona online. Czasami się nie da – gdy lataliśmy na początku, jak Mela jeszcze nie miała 2 lat, zwykle dostawałem komunikat, że nie mogę zrobić odprawy online i musimy zgłosić się do stanowiska na lotnisku. Jeżeli nadajecie bagaże – po odprawie (lub podczas) trzeba oddać bagaż. Częsty widok na lotniskach – pootwierane walizki i ludzie gorączkowo próbują coś wyjąć, żeby zmieścić się w limitach wagowych (nam się to też raz zdarzyło – lot z Brisbane do Adelajdy…już dawno temu).

Kolejny krok – kontrola dokumentów (jeżeli lecimy zagranicę). I stąd zwykle już tylko kontrola bezpieczeństwa i można iść czekać na samolot. Chociaż wydaje mi się, że kolejność czasami jest zamieniona – tzn. samolot zwykle jest na końcu, ale dokumenty i bezpieczeństwo zamieniają się miejscami.

I lecimy. Proste, prawda? I powtarzało się to z miasta do miasta, z kraju do kraju…aż w końcu musiało się zmienić. I zmieniło się, oczywiście, podczas lotu do USA.

Jak pewnie się domyślacie, zmiania polegała na dodaniu, nie na odjęciu. I to dodaniu dość istotnym.

Lotnisko. Hala odlotów, gdzie odbywa się odprawa. Dużo stanowisk do odprawy i cała masa ludzi. Taki standardowy, lotniskowy widok. Kończy się odprawa na jeden lot, na ekranach nad stanowiskami zmienia się logo linii lotniczych i rusza odprawa na kolejny. I tak w kółko. Ale do czasu. W pewnym momencie następuje gwałtowna przemiana. Pojawia się kilka osób i bardzo szybko i sprawnie, przed stanowiskiem do odprawy, budują…kolejną linię frontu. Teraz, żeby w ogóle dostać się do odprawy, trzeba najpierw podejść do nowego stanowiska. A żeby do niego podejść, najpierw musi nas sprawdzić miła pani z papierową listą – jesteśmy, czy nas nie ma? Jesteśmy – można zakreślić odpowiednie nazwiska zakreślaczem. Uff – możemy podejść do nowopowstałej linii frontu. Tam – trzeba sprawdzić, czy w ogóle mamy po co lecieć do USA. Mamy wizy. Mamy dokąd lecieć. Mamy jak lecieć dalej. Dobrze – możemy iść oddać bagaże i dostać karty pokładowe.

Potem chwila normalności – paszporty, kontrola bezpieczeństwa i można iść czekać koło bramek do samolotu. Wydaje Wam się, że na tym koniec? Otóż nie. Na godzinę przed odlotem, bramka również ulega gwałtownej przebudowie. Zasieki, punkty kontrolne, czołgi…normalnie Checkpoint Charlie w Limie. Wzywają po trzy osoby i sprawdzają…wszystko. Niemalże do bielizny. Jakimiś dziwnymi urządzeniami – chyba nie chcę wiedzieć, czego szukają. Nam na szczęście tylko po raz kolejny zaglądają do bagażu podręcznego – i możemy iść.

Chociaż bardziej – lecieć. Tym razem 6 godzin. Niestety – w środku nocy, co nigdy nie działa dobrze na dzieci (wylot był o godzinie 23:59). I, jak podczas niemal wszystkich lotów, do wypełnienia jakieś formularze. Ile to papieru już zapisaliśmy w samolotach na tych, niezwykle ważnych, formularzach? Czy ktokolwiek cokolwiek z nimi robi?

Na Florydzie lądujemy o godz.7 rano – to nasze pierwsze spotkanie z zimą kalendarzową od…20 marca 2017 roku. Na szczęście w zimie spędamy tylko 2 dni, a w dodatku to taka mało zimowa zima. Na dworze 25 stopni.

Ale miałem pisać o kontrolach – loty do USA rządzą się swoimi prawami nie tylko w miejscu, skąd się leci. Również na terytorium USA liczba różnego rodzaju kontroli jest niewiarygodna. Co chwile przechodzimy przez jakieś stanowiska, gdzie patrzą na paszporty, na formularze z samolotu, na dodatkowe karteczki, które musieliśmy sobie wydrukować w dedykowanych stanowiskach na lotnisku, na bagaże, na nas, na naszego kota, chomika… Co ciekawe – praktycznie o nic nie pytają. Jedyny pan, który pytał, zapytał, czy widzieliśmy już Wielki Kanion. Gdy usłyszał, że nie, powiedział, że to tylko dziura w ziemi…ale za to jaka! Powiedział, że warto pojechać. I przywitał nas w USA. Jakoś tak łatwo poszło.

Na koniec już miły akcent – pierwszy (i ostatni) raz podczas wyjazdu czekał na nas ktoś na lotnisku. Ale zamiast kartki z naszym nazwiskiem, miał tablet. Elektronika wypiera tradycję. Ale przynajmniej raz nie musieliśmy martwić się dojazdami…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.