Archiwa autora: Tomasz Romanowski

Sri Lanka Sri Lankę wspominamy głównie przez bliskość natury. Safari w Udawalawe było niezapomnianym przeżyciem. Drugim ciekawym doświadczeniem była podróż pociągiem 🙂

pacing Sri Lanka

To będzie post subiektywny. Oczywiście, z definicji, każdy takim jest, skoro pisany jest przez jedną osobę, piszę tu jednak o tym, ponieważ nie będę się silił na najmniejsze chociażby pozory obiektywizmu. Co więcej, będzie to też post niemalże bez podstaw, ponieważ pociągami na Sri Lance odbyliśmy tylko 2 podróże, spędzając w nich około 10 godzin (tak…już widzę oburzone miny członków Kółka Miłośników Lankijskiej Kolei i towarzyszące im oburzone głosy Towarzystwa Mocnych Uzasadnień, domagające się co najmniej skazania autora na zrzucenie do jamy sarlacca…) Jeżdżenie pociągiem na Sri Lance to rytuał. Dla zdecydowanej większości pasażerów rozpoczyna się on niecałą godzinę przed planowanym odjazdem. Nieliczne osoby, którym uda się z kilkudniowym wyprzedzeniem kupić rezerwację na klasę pierwszą, szczelnie izolują się od wielu aspektów tego przeżycia. Chociaż ta rezerwacja to taki byt trochę wirtualny. Lub legenda miejska – każdy słyszał, nikt nie widział. Nie ukrywam, że próbowaliśmy kupić. Z wiadomym skutkiem. Pozostało nam…

Czytaj dalej

tuk tuk

Określenie wymyślone przez Julka po kilku minutach jazdy owym pojazdem. Głównym elementem składowym piosenki jest, oczywiście, klakson. Mam wrażenie, że tuk-tuki mają klakson fabrycznie sprzężony z pedałem przyspieszenia. I hamowania. Ze sprzęgłem. Zmianą biegów. Włączaniem kierunkowskazu. Skręcaniem kierownicy. Jazda tuk-tukiem jest chyba taka sama niezależnie od kraju – tak samo pozwala podnieść poziom adrenaliny (nie mówiąc o poziomie spalin w płucach…po paru chwilach się dusiłem i wtedy pomyślałem, że kierowcy mają to po kilka godzin dziennie), skutecznie znieczulić uszy na wszelkie dźwięki i daje niezliczoną wręcz liczbę okazji do żegnania się z życiem. Jednak mrowie tuk-tuków, masa autobusów, ciężarówek, motorów, skuterów i samochodów (nie mówiąc o pieszych, którzy pojawiają się znikąd) jakoś wzajemnie współgra. Oczywiście zupełnie nie przejmując się pasami czy innymi mniej czy bardziej potrzebnymi przepisami ruchu. W każdym tuk-tuku obowiązkowo naklejka z kluczowymi zasadami: zapinać pasy, nie rozmawiać przez komórkę i nie pić. Pasów nie ma (ale tu jest sprawiedliwie…

Czytaj dalej

  Dzieci czekały. Rodzice też. Podejrzewam, że z innego powodu. Zorganizowanie się w samolocie z takim zestawem młodzieży nie jest łatwe. Schować bagaże w schowku. Wyjąć bagaże ze schowka. Schować bagaże w schowku. Wyjąć. Schować. Wyjąć. Nie ten plecak. Schować. Wyjąć. I tak przez cały czas – niezależnie od tego, czy wstawać można, czy nie można. No dobrze. Jesteśmy w powietrzu. Jedzenie! Nawet nie takie złe – Julek zjadł niemało Chicken Masala – byliśmy pod wrażeniem. Mela wyjadała wszystkim groszek. A po jedzeniu? Obok siedziała koleżanka w wieku podobnym do Meli, więc mieliśmy piękny pokaz kłótni, przekory, krzyku, zabierania itp. I parę chwil zabawy. Nieźle. Drugi egzemplarz młodzieży przez 3/4 lotu oglądał bajki. Po angielsku. Nie powinienem, ale napiszę – niemała ulga, że miał czym się zająć. Młodsza młodzież spała może godzinę przed wylądowaniem, starsza – ani chwili, a lądowaliśmy po północy. Na szczęście szybko w hotelu na lotnisku padli.…

Czytaj dalej

romanowscy-walizki

To już oficjalne – pozbyliśmy się domu. Nie permanentnie, ale na najbliższych kilka miesięcy nie mamy stałego adresu. Dziwne uczucie. Pożegnaliśmy wszystkich bliższych czy dalszych znajomych, zapakowaliśmy samochód po dach (miejsce dla kierowcy trzeba było przed wyjazdem odkopać) i rozpoczęliśmy pierwszą część wyjazdu. Na razie – krajową. Kilka dni pod Warszawą. Skoro krajowa, to samochód. I przystanki. A czym się najmłodsze dziecię nasze zajmuje w czasie tych przystanków? Nie wiem, czy się cieszyć, czy martwić…

Byłem przekonany, że w trzy dni spakujemy cały dom. Bez problemów, z uśmiechem na twarzy. Miała to być zabawa, dobry przedsmak całego wyjazdu. W końcu ile można zgromadzić w 5 lat? Pewnie domyślacie się, że wyglądało to trochę inaczej. Zajęło tydzień. Cały tydzień. Tydzień ciężkiej pracy. Tydzień oglądania efektów niezamierzonego zbieractwa. Kartony, walizki, torby, worki, nie-wiadomo-co…cała masa mniej czy bardziej niepotrzebnych rzeczy. Gdyby nie nieoceniona pomoc wielu osób – pewnie potrzebny byłby co najmniej drugi tydzień. Lub po prostu pozabijalibyśmy się w trakcie :-).

36/36