Archiwa autora: Tomasz Romanowski

Pamiętacie serial Cudowne lata? Wonder Years w wersji oryginalnej. Znakomite wykonanie With a Little Help from My Friends Joe Cockera podczas czołówki, Kevin Arnold, Winnie Cooper, Paul Pfeiffer…pamiętacie jak się nazywało rodzeństwo Kevina? Ja już nie. W Polsce w telewizji…sam nie wiem kiedy. Jakoś we wczesnych latach dziewięćdziesiątych? To były czasy. Liceum, czyli odpowiedzialność poziom zero. Brak telefonów komórkowych – można było normalnie z drugą osobą porozmawiać. Wystarczyło się umówić dwa tygodnie przed i bez stada SMSów po prostu się spotkać. Nie było internetu, nie było playstation – kopaliśmy prawdziwą piłkę, a nie taką udawaną, konsolową. Było fajnie. Nawet seriale dało się wtedy jeszcze oglądać (Miasteczko Twin Peaks też jakoś wtedy leciało – bardzo dobrze pamiętam to oczekiwanie co tydzień na kolejny odcinek). Wróćmy jednak do Cudownych lat – amerykańskie przedmieścia końca lat sześćdziesiątych. Pokolenie baby-boomers zaczyna wkraczać w pełnoletniość. Dużo się dzieje – politycznie (generalnie lata sześćdziesiąte obfitowały w USA w wydarzenia…

Czytaj dalej

Lenistwo nas ogarnęło straszliwe. Jesteśmy już nie jak żółw, tylko jak ten miś. Od dzisiaj to dla mnie wzór wyluzowania. Kompletnego braku problemów i nieprzejmowania się niczym. Tak. Jesteśmy jak misie koala. Z wyjątkiem tych chwil, gdy musimy zajmować się dziećmi. Czyli jakichś 20 godzin na każdą dobę. Od kiedy przyjechaliśmy do Brisbane, zabieramy się za pisanie postów. Za przygotowywanie zdjęć (nie dałem jeszcze zdjęć z Hong Kongu, a tymczasem minął już miesiąc w Japonii, prawie miesiąc w Australii…). Za co to my się tu nie bierzemy… Ale syndrom misia wygrywa. Pochłaniamy więc mufinki (tak – to jedna z niewielu rzeczy, które rzeczywiście udaje nam się zrobić…w sensie upiec, bo z jedzeniem jakoś problemów nie mamy). Popijając kawą w przeróżnej formie i w przeróżnej temperaturze. Chociażby takim specyfikiem, który, nie ukrywam, bardzo przypadł mi do gustu (gdyby tak łatwo dało się łączyć różne inne rzeczy, które lubię, życie byłoby dużo…

Czytaj dalej

Jak pewnie zauważyliście, ogarnęło nas lenistwo. Lenistwo przeogromne, a wynikające z wcześniejszego nadmiaru aktywności. Od niemal dwóch tygodni jesteśmy w Australii – przez pierwszych kilka dni byliśmy w Cairns, gdzie jeszcze trochę staraliśmy się chodzić i jeździć (o tym w innym wpisie…jeżeli uda nam się wygrać z lenistwem), ale od tygodnia jesteśmy w Brisbane i nie robimy niemal nic. Nie ukrywam, że mamy wsparcie w nicnierobieniu z dwóch stron: po pierwsze, mamy bardzo fajny domek, ze sporą ilością różnych zabawek i bardzo fajnymi gospodarzami. A po drugie – pada deszcz. Innymi słowy – jesteśmy teraz jak ten wielki żółw (tak swoją drogą – to żółw z Green Island, czyli już niemal Great Coral Reef, wielka rafa koralowa, w okolicach Cairns), który powoli wypływał co kilka minut zaczerpnąć powietrza, ale poza tym większość czasu spędzał w bezruchu na dnie oceanu. W ramach tego lenistwa więc, zamiast pisać coś nowego, po prostu…

Czytaj dalej

Japonia – kraj daleko od Polski. Na tyle daleko (wujek G podaje, że ponad 8500km), że nawet czas tu płynie inaczej. Poważnie – u nas jest rok 2017, natomiast tu – 29. rok ery Heisei. Chociaż przyznam – w większości miejsc posługują się naszym kalendarzem. Chyba po prostu chcą zrównać swój czas z naszym. Tylko po co? A może żyją dwoma czasami na raz – dwoma prędkościami. Tak, to całkiem możliwe. Bo jak inaczej wyjaśnić pewne sprzeczności? Przykład – budują tu bardzo nowoczesne pociągi. Bardzo szybkie. Wygodne. Ciche. A co jest w każdym pociągu? A proszę bardzo: Tak, to najprawdziwsza budka telefoniczna. Zresztą jest ich całkiem sporo też na mieście – nasze dzieci miały niemałą zagadkę, co to jest… Oczywiście nigdy nie widziałem nikogo korzytającego z nich. No może z wyjątkiem kogoś chowającego się przed hałasem, rozmawiającego przez swojego ajfona. Inny przykład: zwykły sklep osiedlowy, jakich tu bardzo wiele. Jest…

Czytaj dalej

Rzadko nam się zdarza podczas naszego wyjazdu jeździć pociągami. Mam na myśli takie prawdziwe pociągi, nie jakieś metra czy kolejki podmiejskie. Pierwsze doświadczenia mieliśmy na Sri Lance – opisałem je jakiś czas temu (oczywiście wszyscy wpis czytaliście, więc tych, którzy tylko chcieliby sobie go przypomnieć, odsyłam tu). Gdy więc, po dwóch krajach bez takich doświadczeń, udało nam się ponownie wsiąść do pociągu (nie do końca byle jakiego), poczułem się niemal zmuszony, żeby do tematu powrócić w kolejnym poście. Przygodę z japońskimi pociągami najlepiej zaczynać jeszcze przed wyjadzem do Japonii. Serio. Bardzo przydatne okazuje się coś, co nazywa się JR Pass (JR od Japan Rail). To taka „przejazdówka”, dzięki której można jeździć wieloma pociągami po Japonii już bez dodatkowej opłaty. Nie dotyczy to tylko najszybszych spośród szybkich pociągów – Nozomi (japońskie szybkie pociągi, czyli Shinkansen, dzielą się na Nozomi, które zatrzymują się na najmniejszej liczbie stacji, następnie są Mizuho, Hikari, Sakura…

Czytaj dalej

Trochę niepostrzeżenie (przynajmniej z naszej perspektywy) minął pierwszy miesiąc naszego wyjazdu – z Warszawy wylatywaliśmy 16 sierpnia. Pierwsze dni to ciągłe zmiany miejsc, życie dosłownie na walizkach – nie rozpakowywaliśmy się nawet w kolejnych domach. Potem, od kiedy trafiliśmy do Kuala Lumpur, wszystko się trochę uspokoiło – cały czas jesteśmy turystami, którzy mają na zobaczenie miasta kilka dni, ale przynajmniej możemy się spokojnie rozpakować ;-). Co się wydarzyło od momentu naszego wylotu? W samolotach spędziliśmy 22 godziny i 45 minut, przelatując w tym czasie ponad 15,5tys. kilometrów. Kolejnych kilkanaście godzin spędziliśmy w innych środkach transportu – pociągach, kolejkach, metrach, tramwajach, promach, taksówkach, Uberach, Grabach (to taki lokalny zamiennik Ubera w Malezji i kilku innych, okolicznych krajach – tańszy, bo Uber traktowany jest jak transport wyłącznie dla zagranicznych turystów), tuk-tukach, prywatnych samochodach. Łącznie z obecnym mieszkaniem w Tokio, spaliśmy w 9 różnych miejscach – pierwsza noc to hotel na lotnisku w…

Czytaj dalej

Wyjeżdżając robiliśmy wiele postanowień. Standardowe rzeczy, typu: będziemy oszczędzać (żeby nam wystarczyło na więcej niż 3 miesiące podróżowania), będziemy dostosowywać się do dzieci, nie będziemy martwić się, co będzie po powrocie. Oczywiście wszystkie regularnie łamiemy. A najbardziej regularnie łamiemy to pierwsze. Pierwszy z brzegu przykład – planowaliśmy kawę robić sobie grzecznie (i tanio) w domu i dopiero potem ruszać na podbój lokalnego świata. A wyszło jak? Wyszło jak zwykle – wychodzimy z domu bez kawy, padamy z nóg i zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym lokalu dużej spółki kawowej z Seattle. Gdzie kupujemy duże kawy. I duże ciastka. I tak niemal codziennie. Może na Sri Lance było inaczej – ale to głównie dlatego, że tam chyba jeszcze macki z północno-zachodnich USA nie dotarły. Przed czytaniem kolejnego akapitu ostrzegam osoby konserwatywnie nastawione do wychowywania dzieci, zwłaszcza te o słabych nerwach – przejdźcie od razu dalej, po co macie na nas pomstować. Otóż…

Czytaj dalej

No tak, powoli zaczynamy myśleć o drodze z Hong Kongu do Japonii, a tymczasem jeszcze niewiele napisaliśmy o Kuala Lumpur. Coś jeszcze się niedługo pojawi. A tymczasem – kilka zdjęć.

Przed 1997 rokiem Hong Kong był brytyjski. I wszystko było proste. Brytyjski…i już. A teraz? Teraz trochę jest Chinami, a trochę nimi nie jest. W części obszarów (w szczególności – polityka zagraniczna i obrona) – to zdecydowanie część Chin. A w innych – już nie. Przykładowo – żeby wjechać, nie potrzebujemy żadnej wizy. Ale wjazd dalej, z HK na terytorium Chin-Chin, to jak przekroczenie granicy. Tam już potrzebujemy wizy. Tak się składa, że byłem w HK w dziesiątą rocznicę przekazania, a teraz jestem w dwudziestą. Co się zmieniło? Jeszcze nic takiego nie zauważyłem. Wiem, co się na pewno nie zmieniło: taksówki. Jeżdżą takie same samochody. Mam wrażenie, że wręcz te same. A wspomnę tylko, że już 10 lat temu wydawały się przestarzałe. Ale to stare, dobre Toyoty. I prawie wszystkie na gaz. To efekt jakiegoś lokalnego programu pro-ekologicznego sprzed lat. A tak na marginesie, jak już o samochodach – od…

Czytaj dalej

Dzisiaj opowiem Wam bajkę. Otóż dawno, dawno temu, gdzieś daleko stąd, żył król. Mieszkał w wielkim pałacu, urządzonym z ogromnym przepychem i wyposażonym we wszelkie możliwe wygody (na pewno miał klimatyzację – nie pytałem ile płacił za prąd). Król ów miał cztery córki (podobno miał też synów, ale ich los nie jest wystarczająco udokumentowany, żeby się tu nad nim jakoś szczególnie rozwodzić) i wszystkie cztery wydał za mąż niemal w tym samym czasie. Małżeństwa oczywiście były z miłości, żadne tam ustawiane. Aha – córki były pełnoletnie. Tak się przypadkiem zdarzyło, że każda z córek po ślubie wyjechała w inną stronę. Pierwsza – pojechała na północ, do sąsiedniego królestwa, gdzie wiodła życie w dostatki płynące. Druga pojechała na południe. W posagu wniosła urządzenie klimatyzatorem zwane, więc mimo gorąca, jej też żyło się całkiem dobrze. Trzecia z córek za męża miała księcia z zachodu. Zachód, jak to zachód – trochę dziki, trochę cywilizowany. Mieszanka…

Czytaj dalej

30/36