Hongkońskie obserwacje

Wyjeżdżając robiliśmy wiele postanowień. Standardowe rzeczy, typu: będziemy oszczędzać (żeby nam wystarczyło na więcej niż 3 miesiące podróżowania), będziemy dostosowywać się do dzieci, nie będziemy martwić się, co będzie po powrocie. Oczywiście wszystkie regularnie łamiemy.

A najbardziej regularnie łamiemy to pierwsze. Pierwszy z brzegu przykład – planowaliśmy kawę robić sobie grzecznie (i tanio) w domu i dopiero potem ruszać na podbój lokalnego świata. A wyszło jak? Wyszło jak zwykle – wychodzimy z domu bez kawy, padamy z nóg i zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym lokalu dużej spółki kawowej z Seattle. Gdzie kupujemy duże kawy. I duże ciastka.

I tak niemal codziennie. Może na Sri Lance było inaczej – ale to głównie dlatego, że tam chyba jeszcze macki z północno-zachodnich USA nie dotarły.

Przed czytaniem kolejnego akapitu ostrzegam osoby konserwatywnie nastawione do wychowywania dzieci, zwłaszcza te o słabych nerwach – przejdźcie od razu dalej, po co macie na nas pomstować. Otóż co robimy po kupieniu kawy i ciastka w Starbucksie? Oczywiście zajmujemy wygodne miejsca, prosimy dzieci o chwilę spokoju i powoli sączymy kawę. Żeby nie było wątpliwości – owa prośba ma charakter zdecydowanie materialny i przyjmuje formę telefonu, na którym dzieci mogą grać. Czasami żałujemy, że nie mamy ze sobą czterech telefonów. Ale zauważyłem tu też pewną korzyść – otóż poza ekranem telefonu też istnieje świat. Całkiem serio. Wypada więc powiedzieć, że dzięki dzieciom, mam okazję poobserwować ludzi, zamiast patrzyć cały czas w ekran, który nie zmienia się niezależnie od tego, czy jestem w Polsce, na Sri Lance czy w Hong Kongu.

Co więc udało mi się zaobserwować? Pierwsza moja obserwacja jest prosta – otóż ludzie w Hong Kongu robią to samo, co ludzie wszędzie (niespodzianka). Głównie patrzą w ekran telefonu. Chociaż nie…to nie tak. Powinienem napisać raczej: patrzą tylko w ekran telefonu. Jest to do tego stopnia problemem, że widziałem wiele znaków przypominających, że czasami warto podnieść wzrok z ekranu i popatrzyć, czy nie nadjeżdża samochód. Kojarzycie miarowe stukanie na przejściach dla pieszych ze światłami? Stukanie, które miało osobom niewidomym sygnalizować, jakie jest światło. To stukanie nie jest już dla osób niewidomych – teraz jest dla wszystkich. Po co podnosić oczy z ekranu, jeżeli można na słuch zorientować się, jakie jest światło…

Co jeszcze obserwowałem? Pozory. Mam wrażenie, że wiele tam oparte jest na zachowywaniu pozorów. Chociażby porządek – w centrum rzeczywiście czysto. Starają się – chociaż nie jest idealnie. Ale jeżeli wyjedziecie kilka stacji od wyspy i Kowloon, na ulicach robi się brudno. Tak po prostu. Śmieci, jakieś połamane gałęzie, nad rzeczkami smród… Oprócz tego – zaniedbanie. Miejscami wyglądało tak, jakby ktoś kiedyś okolicę uporządkował, przyciął ładnie kwiatki, przygotował chodniki, ale potem o tym zapomniał. Krzewy się mocno rozrosły, śmieci są wszędzie, a spomiędzy płyt chodnikowych rosną chwasty wyższe od naszych dzieci. Ale gdy tylko zbliżycie się do stacji metra/kolejki – zaczyna się robić ładnie. Oczy jadących metrem nie mogą być narażone na brud, a kto by tam wysiadał na wsi…

Wspominałem już o tym we wcześniejszym poście dotyczącym tego miasta, ale napiszę jeszcze raz – zadziwiające są bloki mieszkalne, które są tu niemal wszędzie. Bloki mające po 60 pięter. To tak jakby całą naszą Chrząstawę zmieścić w jednym bloku. Zamiast stać w korkach, żeby rano dojechać do pracy do Wrocławia, stalibyśmy w korkach przed windą. Mieszkanie z widokiem na drzwi windy pewnie jest droższe od innych.

Wydawało nam się, że Hong Kong, który dopiero od dwudziestu lat jest chiński, będzie większą mieszaniną kultur i kolorów skóry. Wygląda jednak na to, że w 1997 roku, gdy nadchodził dzień przekazania miasta Chinom, na granicy ustawione były już setki autobusów z nowymi mieszkańcami – żeby HK szybciej stał się po prostu chińskim miastem. I takim jest – tylko w części biznesowej (to tam, gdzie takie duże, szklane domy górują nad resztą) widać czasami napływowych pracowników korporacji, biegających w garniturach (współczuję w tej temperaturze), z kubkiem kawy (obowiązkowo z wiadomej sieci), pomiędzy biurowcami.

Zgodne z naszymi wyobrażeniami z kolei było to, że HK to takie trochę Aliexpress na żywo – targowiska pełne są produktów markowych…nie do końca. I na każdym kroku zaczepiali mnie pytając, czy nie chcę kupić zegarka jakiegoś znanego producenta.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka – coś, co zadziwiało osobę, z którą byłem w HK w 2007 roku. Ale skoro nadal ma miejsce, podejrzewam, że jednak jest bezpieczne i skuteczne. Spójrzcie na poniższe zdjęcie – przedstawia jedną z wielu dziesiątek budów w centrum. Budów dużych i małych. Widać oczywiście rusztowanie. A z czego zrobione jest rusztowanie? Nie z żadnego tam metalu. To porządny…bambus. Poważnie – tu budowy są ekologiczne ;-).

2 thoughts on “Hongkońskie obserwacje

  1. Moi Drodzy, w niedzielę dołączyłem do grona subskrybentów Waszego bloga. Cudownie się go czyta i ogląda. Chylę czoła i dziękuję Wam za czas poświęcany na jego tworzenie. Jego lektura to czysta przyjemność. Jesteście Wielcy. Wszyscy wyczekujemy kolejnych odcinków.

  2. Ja czytam Was od wczoraj – i nie mogę przestać:) Nawet mi się śniło, że w taką podróż wyruszyłam – czyli mentalnie jestem gotowa. Super post Tomek! Świetnie piszecie oboje – z tak różnych perspektyw. Brawo dla Was za odwagę!!!
    A teraz czytam dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.