Rzadko nam się zdarza podczas naszego wyjazdu jeździć pociągami. Mam na myśli takie prawdziwe pociągi, nie jakieś metra czy kolejki podmiejskie. Pierwsze doświadczenia mieliśmy na Sri Lance – opisałem je jakiś czas temu (oczywiście wszyscy wpis czytaliście, więc tych, którzy tylko chcieliby sobie go przypomnieć, odsyłam tu). Gdy więc, po dwóch krajach bez takich doświadczeń, udało nam się ponownie wsiąść do pociągu (nie do końca byle jakiego), poczułem się niemal zmuszony, żeby do tematu powrócić w kolejnym poście.
Przygodę z japońskimi pociągami najlepiej zaczynać jeszcze przed wyjadzem do Japonii. Serio. Bardzo przydatne okazuje się coś, co nazywa się JR Pass (JR od Japan Rail). To taka „przejazdówka”, dzięki której można jeździć wieloma pociągami po Japonii już bez dodatkowej opłaty. Nie dotyczy to tylko najszybszych spośród szybkich pociągów – Nozomi (japońskie szybkie pociągi, czyli Shinkansen, dzielą się na Nozomi, które zatrzymują się na najmniejszej liczbie stacji, następnie są Mizuho, Hikari, Sakura i Kodama – to na linii łączącej przede wszystkim Tokio z Osaką, ale nie tylko). Przejazdówkę można kupić na 7, 14 lub 21 dni, a dodatkowo – na wagony normalne lub o podwyższonym standardzie. Kosztuje to trochę, ale pociągi w Japonii są dość drogie, więc szybko i łatwo się zwraca. JR Pass najlepiej kupować poza Japonią – gdy byłem tu 11 lat temu, to była w ogóle jedyna opcja. Teraz, od niedawna, można ją też kupić w samej Japonii, ale kosztuje to jeszcze więcej. Zainteresowanych odsyłam na oficjalną stronę, gdzie możecie dowiedzieć się więcej: http://www.japanrailpass.net/en/.
A teraz mam problem – niby post muszę napisać, ale nie za bardzo mam o czym ;-). Gdy 6,5 godziny jechaliśmy 130 kilometrów, prędkość zmian za oknem zmuszała do powolnej kontemplacji…czegokolwiek. Współ-podróżnych, ich dań, samego pociągu, przemijania, sensu istnienia. Co tam komu przychodzi na myśl po sześciu godzinach bez żadnych spektakularnych zmian za oknem. A dzisiaj? Dzisiaj to, co bliżej za oknem, zmieniało się tak szybko, że nie było szansy tego zauważyć. To, co dalej, zmieniało się wolniej, ale było przysłonięte tym, co bliżej, więc też nie było szansy na obserwację. Dzisiaj jechaliśmy niecałe 3 godziny i w tym czasie przejechaliśmy 515 kilometrów. Co jeszcze różniło dzisiejszą podróż od tej lankijskiej? A proszę bardzo, wyliczam:
- Na dworcu nie było ani chwili chaosu. Wszyscy ładnie ustawili się w kolejkach przed wejściami. Aha, byłbym zapomniał, od razu wiadomo było, gdzie zatrzyma się który wagon i gdzie dokładnie będą drzwi.
- W pociągu siedzenia lotnicze, miękkie, czyste i całkiem wygodne. I, w odróżnieniu od foteli w samolotach tanich linii lotniczych, bardzo odsunięte od siebie – gdy pewna mieszkanka Japonii, która siedziała w tym samym rzędzie, chciała rozłożyć sobie stolik, mimo niemal kompletnego zgięcia się wpół, musiała dodatkowo posłużyć się pałeczkami, żeby dosięgnąć do fotela przed nią. I ciekawostka: wiecie, że tutaj siedzenia są zawsze ustawione w kierunku jazdy? I nie jest to efekt odpowiedniego ustawiania wagonów (zresztą mam wrażenie, że rzadko rozłączają pełne składy – takie ok. 16 wagonów, „przody” są z obydwu stron, jak w metrze). Otóż przy każdym rzędzie siedzeń jest pod nogą dźwignia, której naciśnięcie pozwala cały rząd po prostu odwrócić w drugą stronę. Jakie to proste…
- W naszym wagonie – bilety wyłącznie z rezerwacjami miejsc. Dzieci do lat 6 nie muszą mieć biletu i rezerwacji miejsca. Dlatego my mamy tylko dwie sztuki JR Pass. Wadą tego rozwiązania jest to, że jak pociąg jest pełny, musimy we 4 osoby gnieździć się na dwóch siedzeniach. Na szczęście dzisiaj tego problemu nie było i każdy siedział na swoim fotelu.
- Co jeszcze jest w pociągu? Otóż: czyste toalety. Powiem więcej – w niektórych wagonach są nawet osobne dla kobiet i mężczyzn. Duże łazienki do przewijania dzieci. Spore, zamykane pomieszczenia, w których można np. karmić dzieci (z wygodnymi siedzeniami). Na korytarzu niedaleko toalet – dodatkowe umywalki. Widziałem nawet, jak obsługa pociągu chodzi i wyciera je do czysta ręcznikami papierowymi, żeby ładnie wyglądały.
- Przed każdą stacją zapowiedzi – kiedy pociąg się zatrzyma, jak długo będzie stał, z której strony otworzą się drzwi.
Pewnie mi powiecie, że w Polsce jest tak samo – przyznam, że nie wiem, ponieważ nie miałem okazji jechać pociągiem przez ostatnich kilka lat. Ostatnie moje doświadczenia są z czasów, gdy nasze pociągi były podobne do tych lankijskich ;-).
A może są jakieś podobieństwa pomiędzy lankijskimi i japońskimi pociągami? Oczywiście! Jest jedna, główna rzecz, która od razu rzuca się w oczy. Powiem więcej – w Polsce jest tak samo.
O co chodzi? Już pewnie wiecie – o nas, pasażerów. Jak tylko zamykają się drzwi (no dobra – na Sri Lance rzadko się zamykają, bo zawsze ktoś wystaje na zewnątrz lub po prostu ktoś chce wspomóc klimę z wiatraka i dodać trochę przeciągu) i pociąg ruszy, wszyscy wyciągają jedzenie. Nasz pomidor i jajko, lankijskie nie-wiadomo-co z nie-wiadomo-czym czy japońskie bento (pudełko z jedzeniem – zawierające różne kombinacje narodowych produktów, zwykle bardzo dobre; kupiliśmy 3, w tym jedno w kształcie…Shinkansena) – nieważne. W pociągu jeść trzeba. Wspomagane jest to przez chodzących sprzedawców, też w różnym standardzie. Japońscy nie krzyczą i nie zawijają zakupów w gazety (z reklamami zachodnich marek samochodów). Tu wszystko jest zapakowane w folię. Wszystko, mam czasem wrażenie, jest sztuczne i plastikowe. I taka trochę jest też ta podróż – sztuczna i plastikowa. W pełnym odcięciu od tego, co za oknem. Jakoś bardziej mi to przypomina lot samolotem, niż podróż pociągiem.
Gdybym miał wybierać – pociąg lankijski, czy japoński, to co bym wybrał? Trudna decyzja. Japoński oznacza mniej stresu, mniej nerwów związanych z niepewnością i wyższy poziom higieny (w podróży z dziećmi to czasem się liczy). A lankijski? Lankijski daje możliwość obserwacji. Możliwość zawieszenia gdzieś w alternatywnej rzeczywistości, w której czas inaczej płynie (chociaż nie jestem pewny, czy w ogóle płynie). Gdybym miał więc zdecydować, którą z tych podróży powtórzyć, nie przyszłoby mi to łatwo.
Jednak gdybym miał dokonać małej zamiany i japońskim pociągiem przejechać trasę lankijskiego, a lankijskim – z Tokio do Osaki, wątpliwości zniknęłyby szybko. Na Sri Lance jechaliśmy ze średnią prędkością 20km/h. W Japonii – 175km/h. Liczyć dalej? No dobrze, dla tych, którym się nie chce samemu: 130km na Sri Lance przejechalibyśmy w ok.45 minut Shinkansenem. Natomiast 515km trasy z Tokio do Osaki pociągiem lankijskim jechalibyśmy prawie 26 godzin. 26 godzin w alternatywnej rzeczywistości. Z dziećmi. Hmm…
PS. Na zdjęciu, na pierwszym planie „nasz” pociąg. To akurat jest jego tył (wagonów było 16, my siedzieliśmy w 11, więc bliżej miałem tył – a to miało znaczenie, ponieważ były niecałe 3 minuty do odjazdu, a jakoś nie chciałem zrobić zdjęcia odjeżdżającego pociągu). Ale przód był taki sam ;-).
„Prawie” Pendolino…