
Pamiętacie serial Cudowne lata? Wonder Years w wersji oryginalnej. Znakomite wykonanie With a Little Help from My Friends Joe Cockera podczas czołówki, Kevin Arnold, Winnie Cooper, Paul Pfeiffer…pamiętacie jak się nazywało rodzeństwo Kevina? Ja już nie. W Polsce w telewizji…sam nie wiem kiedy. Jakoś we wczesnych latach dziewięćdziesiątych? To były czasy. Liceum, czyli odpowiedzialność poziom zero. Brak telefonów komórkowych – można było normalnie z drugą osobą porozmawiać. Wystarczyło się umówić dwa tygodnie przed i bez stada SMSów po prostu się spotkać. Nie było internetu, nie było playstation – kopaliśmy prawdziwą piłkę, a nie taką udawaną, konsolową. Było fajnie. Nawet seriale dało się wtedy jeszcze oglądać (Miasteczko Twin Peaks też jakoś wtedy leciało – bardzo dobrze pamiętam to oczekiwanie co tydzień na kolejny odcinek).
Wróćmy jednak do Cudownych lat – amerykańskie przedmieścia końca lat sześćdziesiątych. Pokolenie baby-boomers zaczyna wkraczać w pełnoletniość. Dużo się dzieje – politycznie (generalnie lata sześćdziesiąte obfitowały w USA w wydarzenia – Zatoka Świń, kryzys kubański, JFK, RFK, MLK), jak i, a może przede wszystkim, społecznie. Cały wyścig kosmiczny (to jeszcze z pogranicza polityki), LSD (tak, jakość paragrafu jest wprost proporcjonalna do liczby użytych w nim trzyliterowych skrótów) i związana z nim hipisowska kontrkultura, zakończona festiwalem w Woodstock w 1969 roku. Takie było tło przygód Kevina i jego przyjaciół. Pamiętam, że jak to oglądałem, cały czas wspominałem mieszkanie na takich właśnie przedmieściach, ale trochę później – w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, w Oak Park niedaleko Chicago.
A dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż nasz dotychczasowy pobyt w Australii z tym właśnie mi się skojarzył. Chyba przez to, jak tutaj wyglądają i jak wyluzowne są przedmieścia. A na przedmieściach tutaj mieszkamy – zarówno na początku kilka dni w Cairns, jak i potem miesiąc koło Brisbane. Przedmieścia zupełnie inne niż te, które znam z Polski. Inne niż te, na których w Polsce mieszkam – nasza Chrząstawa jest przecież dla Wrocławia tym, czym Oak Park dla Chicago lub Kedron dla Brisbane. Tu jednak czuję otwartość, przestrzeń, przyjazność, a nie odgraniczanie się i zamykanie, które są tak typowe dla polskich przedmieść czy dzielnic willowych. Przykład: siedzimy sobie u naszych gospodarzy (wspaniali ludzie…chętnie poświęciłbym im osobny wpis – może się uda), pijemy piwo/gin z tonikiem, jemy późny obiad, w telewizji ma zaraz rozpocząć się mecz (rugby). A tu przychodzą, bez większego umawiania się czy zapowiedzi, sąsiedzi mieszkający kilka domów dalej – z sześciopakiem. Wiadomo czego. Kiedy ja ostatnio tak zupełnie bez zapowiedzi do kogoś poszedłem? Kiedy ktoś tak przyszedł do nas? A kiedy Wam zdarzyło się mieć takich gości – i się z nich szczerze ucieszyć (zaraz się okaże, że to tylko ja taki ograniczony jestem i muszę się zapowiadać przed wizytą)?
W wielu miejscach płotów po prostu nie ma – od ulicy jest chodnik, trawnik i dom. Nie ma ogrodzenia pełniącego rolę fosy i bramy otwieranej po naciśnięciu guzika w domofonie tylko po rozważeniu, czy warto gościa wpuścić. Taki bardziej otwarty świat. Takie Cudowne lata na żywo. Tylko my trochę więcej lat mamy niż Winnie i Kevin ;-).
