Nara i Himeji, czyli pociągami z Osaki

Nara i Himeji, czyli pociągami z Osaki

Osaka jest narazie naszą bazą wypadową. Chcemy wykorzystać tygodniowe przejazdówki na japońskie pociągi, więc zwiedzamy okolicę. Większość znanych i ciekawych miejsc można zobaczyć jadąc niecałą godzinę pociągiem z Osaki (ponieważ niektóre pociągi mogą jechać naprawdę szybko, to nie mierzymy odległości w kilometrach, a minutach dojazdu do danego miasta – wygodne to ;-)).

Jako pierwszą odwiedziliśmy Narę – miejscowość na wschód od Osaki (35 minut jazdy zwykłym pociągiem).
Nara ma duży park, w którym jest wiele świątyń, w tym bardzo stare, drewniane, wpisane jako zabytki na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Przyrodniczego UNESCO. Ale nie oszukujmy się, nie po to tu przyjechaliśmy… Naszym głównym celem były daniele, które biegają swobodnie w parku i podchodzą do ludzi licząc na to, że dostaną jedzenie, Dla dzieciaków to niesamowita frajda. Julek od samego wyjścia z pociągu pytał, gdzie te jelonki… A do parku trzeba było trochę przejść, ale w mieście już widać było, że te ssaki stały się jego symbolem. Są więc koszulki z jelonkami, pluszaki, breloczki i inne takie, są nawet studzienki kanalizacyjne z danielami (zauważyliśmy już w kilku miejscach, że na pokrywach studzienek umieszczane są jakieś symbole miasta – ładne to). Szczytem kiczu był dla mnie jednak dmuchany jeleń z doczepionymi do nóżek kółkami…

Jelonków (tak, wiem – to daniele, ale to ssak z rodziny jeleniowatych, więc chyba wolno nam tak mówić, prawda?) w parku jest naprawdę dużo. Spacerują pojedynczo lub w małych grupach, z daleka słychać też ich nawoływania (nie miałam pojęcia, że taki wydają dźwięk…). Z ciekawością podchodzą do ludzi, obwąchują, czasem dają się pogłaskać. Niestety, jak to bywa na tym świecie, nie są one bezinteresowne – szukają u ludzi przysmaków, które można kupić co kawałek, aby nakarmić jelonki i zrobić sobie z nimi fajne zdjęcia… My nie kupiliśmy tego jedzenia. I to nie dlatego, że żałowaliśmy tych niecałych 5 zł. Po prostu uważam, że nasze dzieci są zbyt małe, aby umieć sobie poradzić z nachalnym dzikim jeleniem, który za wszelką cenę chce zdobyć to, co dla niego kupiłaś. My też głaskaliśmy jelonki i robiliśmy sobie z nimi zdjęcia, ale z tymi, które się same na to godziły i były spokojne. Od samego początku tłumaczyliśmy Julkowi, że to są dzikie zwierzęta, a nie oswojone, więc trzeba się zachowywać wobec nich ostrożnie. Pilnowaliśmy, żeby dzieci nie podchodziły do nich od tyłu i nie były za głośno. I było miło i fajnie.


Ale jest miejsce, w którym ludzi jest naprawdę dużo… To przed wejściem do najstarszej świątyni. Widać, to obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek (polską też spotkaliśmy w tym miejscu ;-)). I jest bardzo głośno i dużo panikujących dzieci, ale i dorosłych, którzy kupili to jedzonko dla jelonków, ale zaczynają się bać tego, co się wokół nich dzieje… bo zwierząt robi się naprawdę dużo i zaczynają skakać, bodeć i za wszelką cenę chcą dostać przysmak. To już nie jest fajny widok i nie czuliśmy się już tam bezpiecznie. To tam, nagle jeleń kopnął Julka – niby delikatnie i nic się nie stało, ale niepotrzebnie go wystraszył.

I tak sobie myślę, że nawet w takiej uporządkowanej, wydawało mi się, na każdym kroku Japonii są bezmyślni ludzie i chęć zysku za wszelką cenę. Bo po co sprzedawać na każdym kroku w tak zatłoczonych miejscach te przysmaki i to każdemu, nawet dzieciom ze szkolnej wycieczki? Chociaż może po to, aby ludzie nie karmili jeleni swoim jedzeniem… Pomimo fajnie spędzonego dnia i radości dzieci – jakiś niesmak mi pozostał.

Kolejna wycieczka była do Himeji – pół godziny jazdy szybkim pociągiem, obowiązkowe zwiedzanie stacji w poszukiwaniu pieczątek, toalety, miejsca do karmienia i przewijania, sklepu… i przed południem wyszliśmy z dworca wprost na szeroką ulicę, na końcu której wysoko stał zamek. Ale nie taki zamek, jaki znamy z polskich, czy nawet europejskich wycieczek – to coś zupełnie innego. Mieliśmy to szczęście, że był piękny słoneczny dzień z niemal bezchmurnym niebem, więc biała budowla pięknie odznaczała się na błękitnym tle.

Zanim doszliśmy na teren zamku, Mela już spała. Posiedzieliśmy więc trochę na ławeczce, zjedliśmy „małe co nieco” i ruszyliśmy w stronę wejścia na zamek. I okazało się, że nie można wejść na teren z wózkiem dziecięcym… Stwierdziliśmy więc, że odpuszczamy i idziemy szukać innych atrakcji w mieście. Ale co to? Bunt! Julek chce na zamek, nie ma innej opcji, on chce tam wejść i nie zniechęcają go schody i zwiedzanie… I tym sposobem, dzięki Julkowi, spędziliśmy miłe popołudnie wchodząc po setkach schodów na samą górę zamku 🙂 Mela została obudzona, wsadzona tacie do chusty (to był ich pierwszy raz, ale jaki! Wyglądali super i byłam z nich dumna ;-)) i ruszyliśmy.

Ponad godzinę zajęło nam „zdobycie” zamku, pokonaliśmy wiele stromych schodów, chodziliśmy na boso po drewnianych podłogach zamku (ciekawe – nie mają tu charakterystycznych w Polsce kapci muzealnych, tylko dają reklamówki, w których masz nosić swoje buty), dzieci dostały od pani pracującej na zamku, papierową broń ninja zrobioną techniką origami i wszyscy świetnie się bawiliśmy. Ale największą atrakcją po tym wysiłku były: a) piasek na dziedzińcu przed zamkiem – dla dzieci, b) ławeczka (pomimo że w słońcu), na tym samym dziedzińcu – dla rodziców 😉

Potem już szybko pobiegliśmy coś zjeść i na dworzec, by przed 18tą wysiąść w Osace i w drodze do domu zaliczyć, obiecany dzieciom, plac zabaw. Uff… kolejny intensywny dzień za nami 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.