
Czwartek, 5:45 rano (czyli 2:15 czasu polskiego), wsiadamy do specjalnego wysokiego jeepa, który czeka na nas przed wynajmowanym pokojem. Zastanawiam się, czy na pewno dobrze nas ubrałam (bo przecież to świt, a my w krótkich rękawkach… ale mamy długie spodnie, więc chyba ok? czy jednak trzeba było jakieś cienkie bluzy brać? ale przecież jest już 26 stopni to pewnie mniej już nie będzie…), czy poza posmarowaniem nas wszystkich preparatem odstraszającym komary powinnam była posmarować też kremem z filtrem? No ale przeciwsłoneczne kazali nakładać na skórę godzinę przed repelentami na komary, to miałam ich budzić o 4? Auto jest zadaszone, to nie będzie na nas tak świecić. I kolejne zmartwienie – czy nie będziemy głodni? Nasz gospodarz wręczył nam prowiant na drogę – banany i słodkie bułeczki, ja zabrałam też krakersy i zapas wody, to powinniśmy dać radę. A czy dzieci wytrzymają 4 godziny na safari? A co, jak Julek będzie chciał siku? No dobra – dosyć tej gonitwy myśli. Ruszamy! Musimy dojechać do Parku Narodowego Udawalawe i kupić bilety. Tam czeka więcej takich jeepów z turystami. Co ciekawe – te auta mają przeważnie koło 8 miejsc, ale rzadko siedzi w nich więcej niż 4 pasażerów. Przed wjazdem próbują nam jeszcze sprzedać specjalne czapki na safari – ale my mamy swoje (lub mieliśmy… bo Meli kapelusik został zwiany 30 sekund po założeniu go na głowę… może przyda się jakiemuś słoniątku…). No to w końcu wjeżdżamy! Wszyscy podekscytowani szukamy słonia. I jest! Kilkaset metrów za bramą, jakby specjalnie ustawiony przy drodze dla turystów, wielki słoń (kierowca ocenił, że ma około 50 lat) stoi i je gałęzie. Stajemy, tak jak kilka innych jeepów, i podziwiamy. Nagle nasz kierowca odpala silnik i zaczyna cofać… Aaaa – trzeba mu zrobić miejsce, bo postanowił przejść na drugą stronę drogi, jakby nie zauważając wszystkich gapiów. Teraz widzimy go na tle wschodzącego słońca – piękny widok!


Jedziemy dalej. Mela powtarza swoje „nie ma, nie ma”, Julek zmienia miejsce w jeepie, Tomek opuszcza aparat. Kolejnego słonia widzimy po dłuższej chwili. Kierowca tłumaczy nam, że samce po ukończeniu około 10 lat odłączają się od stada i żyją samotnie. Mówi też, że słoń je około 20 godzin na dobę! To tłumaczy, dlaczego wczoraj w sierocińcu dla słoni, w którym byliśmy popołudniu w porze karmienia słoników, apelowali o pomoc finansową lub by przynosić im mleko dla dzieci (to w proszku). Te „maluchy” potrafią wypić 11 litrów mleka dziennie, a jest ich tam sporo… Kilka razy dziennie są wpuszczane małymi grupami do miejsca, w którym w wielkich beczkach opiekun przygotował dla nich mleko i specjalnym lejkiem z rurką wlewa każdemu kolejno porcję. Jak to z dziećmi bywa, nie czekają grzecznie na swoją kolej, tylko przepychają się 😉

Ale wróćmy do safari. Poza słoniami-samcami zobaczyliśmy też słonice z młodymi (najmniejszy w ocenie naszego kierowcy miał 3 miesiące 😊), a także bawoły kąpiące się w jakimś stawie/jeziorku, w którym leniwie wylegiwały się też dwa krokodyle… Spłoszyliśmy jelenie znad wodopoju, widzieliśmy (i słyszeliśmy, bo krzyczą okropnie) pawie, a także wiele innych ptaków i jaszczurek, a nawet mangustę (choć ta była też na naszym podwórku po południu). Trzęsło nami na nierównych drogach parku jakieś 3 godziny, ale nikt nie marudził. Julek, jako sposób na nudę, zmieniał miejsce w jeepie przy każdym postoju. Mela kilka razy próbowała zasnąć wtulona we mnie w chuście, ale gdy tylko zatrzymywaliśmy się i podziwialiśmy kolejny okaz, wstawała, żeby nic jej przypadkiem nie ominęło. Nie zmarzliśmy, nie padliśmy z głodu, nikomu nie chciało się siku, a słońce faktycznie trochę raziło i grzało w twarz, bo to przecież ranek i świeci z boku, ale nikt nic sobie nie spalił. Było miło i każdemu polecamy to miejsce. Choć w innych parkach na Sri Lance można zobaczyć więcej zwierząt (np. lamparty), to i tak czujemy się spełnieni, bo my przyjechaliśmy tutaj dla słoni.