To właśnie my. Sztuk cztery, w różnym rozmiarze.

Po wieeeeelu latach pracy w korporacjach stwierdziliśmy, że dobrze byłoby odpocząć. Odpocząć od życia, jakie dotąd wiedliśmy. Postanowiliśmy więc wyjechać na urlop. Roczny urlop. Żeby objechać (czy raczej – oblecieć) świat dookoła.

Wyczyściliśmy dom, pozostawiając po sobie jak najmniej.

Spakowaliśmy się do walizek…

…chociaż nie wszystkim się to podobało…

i ruszyliśmy w świat.

Żeby być bardziej precyzyjnym – ruszyliśmy do lasu. Świat musiał poczekać – pierwszych kilka dni spędziliśmy w lesie.

A z lasu – na lotnisko i wreszcie – w świat. Wylecieliśmy z Warszawy 16 sierpnia 2017, najpierw do Doha, gdzie spędziliśmy niemal dobę, a potem na Sri Lankę – tutaj już było kilkanaście dni. Dość intensywnych dni, ponieważ niemal co 2 dni przemieszczaliśmy się do kolejnego miasta. To chyba najbardziej intensywne dni całego wyjazdu… Potem były: Kuala Lumpur, Hong Kong, Japonia (Tokio, Osaka i na koniec znowu Tokio), Australia (tutaj byliśmy ponad 2 miesiące: po kilku dniach w Cairns wyjechaliśmy na miesiąc do Brisbane, a następnie w okolice Adelajdy). Po Australii przyszedł czas na Nową Zelandię. Tutaj spędzaliśmy święta i tutaj zaczął się rok 2018. Czyli dla nas zaczął się on 12 godzin wcześniej, niż w Polsce.

Po czterech miesiącach latania i jeżdżenia, wyglądaliśmy tak:

Po miesiącu Nowej Zelandii zaszyliśmy się gdzieś na środku pacyfiku – na Wyspach Cooka. Tam minął nam kolejny miesiąc, po którym postanowiliśmy wrócić do ludzi. Pierwszy cel – Ameryka Południowa. Po trzech tygodniach w Buenos Aires przenieśliśmy się na tydzień do Santiago w Chile, a potem jeszcze tydzień w Limie.

Kolejny krok to Ameryka Północna. Na początek tydzień lenistwa na Florydzie – w resorcie w West Palm Beach. Potem lot…mam wrażenie, że na biegun. Nagle stało się zimno – niewiele powyżej 0 stopni w nocy. Czyli wczesno-jesienny Waszyngton (DC). Tutaj też tydzień. A potem…rozpoczął się nasz amerykański road trip! Przez niewiele ponad dwa miesiące przejechaliśmy ponad 20000km samochodem po USA. Zobaczyliśmy dużo, ale też dużo nam zostało do zobaczenia na kolejne wyjazdy.

Na koniec trochę czasu w Nowym Jorku, po czym już powrót do Polski. Powrót trochę przyspieszony z powodu problemów okołodomowych w kraju. Ale poza domem spędziliśmy ponad 10 miesięcy. A po podróży dobrze wiemy, czego nie zobaczyliśmy – co zostało na przyszłość :-).

Gdzie byliśmy, można zobacyć na my.flightradar24.com/Intelins